(Brak pełnego opisu)
Kluczowa decyzja w czyje plecy wbić ostrze... Kapłan Mora czy Baba Cmentarna?
(Brak pełnego opisu)
(Brak pełnego opisu)
Nalejcie mi czegoś mocnego, bo na trzeźwo tego nie przetrawię. Słuchajcie, powiadają, że wczoraj piekło zamarzło. Podobno sam Khorne poszedł na dymka, Nurgle wziął prysznic, a Slaanesh odmówił udziału w orgii. Dlaczego? Bo nasza urocza zgraja wykolejeńców, nekromantów i złodziejaszków – parszywe Chwasty – postanowiła zostać… bohaterami. Tak, dobrze słyszycie. Chcieli zapolować na Kanalarza, seryjnego mordercę z rynsztoków. Plan był prosty, genialny w swej zwięzłości: wejść, zabić, zgarnąć chwałę. Był tylko jeden, tyci problem. Żaden z nich nie miał pojęcia, jak wyglądają kanały.
Zaczęli od poszukiwania przewodnika. Złapali jakiegoś strażnika i zadali mu to jakże skomplikowane pytanie o wejście do rur. Strażnik, oceniwszy ich aparycję, zasugerował im szybkie oddalenie się, używając słów powszechnie uważanych za wulgarne. Trazyn, nasz elfi dyplomata, zamiast przyjąć to do wiadomości, zaczął dopytywać: „A gdzie konkretnie mamy, ekhm, wypierdalać, panie władzo? Bo przecież takiego miejsca na mapie nie ma!”. Strażnik tylko mrugnął, zapętlił się i powtórzył komendę. Przy trzecim strażniku, który kazał im spadać, Klapek – jedyny, który w tej grupie miał coś, co przypominało mózg – zarządził odwrót do karczmy.
Wiedział, że jak trzeba kogoś od kanałów, to szuka się szczurołapa, a jak szczurołap jest po robocie, to na pewno topi smutki w kuflu. I tak trafili na Kurta. Kurt był weteranem, jedyną ofiarą Kanalarza, która uszła z życiem, choć przypłaciła to stratą ukochanego psa. Gość był w rozsypce
Do negocjacji ruszył Trazyn. Poprawił poły płaszcza, otrzepał się z resztek jakiegoś makowca i zaczął swoje elfickie gadki. Kurt, człowiek twardy i obyty ze światem, zmierzył go wzrokiem. Długie uszy i okruszki na brodzie jakoś nie wzbudziły jego zaufania. Splunął na podłogę z taką pogardą, że zabiłby tym karalucha i rzucił krótko: „Idź się elfić”.
Wtedy wkroczył Klapek. Uderzył w tony empatii, zaczął współczuć straty psa, pokiwał głową nad trudnym losem. Kurt, z miękkim sercem do zwierzaków i naiwnych młodzieńców, uległ. Kazano im być gotowymi rano.
Zeszli pod ziemię. Zamiast chwały, powitał ich smród, ciemność i przemoczone skarpetki. Kurt radził wracać, ale Marcus – nagle owładnięty pychą – stwierdził, że on te korytarze zna! Zaczął bawić się magią, przesuwać jakieś iluzoryczne ściany, by udowodnić swój geniusz. Odsłonili niezbadane tunele. Zgasło światło.
W kompletnych ciemnościach Trazyn wyciągnął rękę. Wymacał coś w łuskach. Potem coś miękkiego. Pomyślał: „Oho, nagi ogr, będzie zabawa!”. I wtedy to coś syknęło tak, że elf cofnął się szybciej, niż zdążył pomyśleć. Marcus pstryknął palcami, rozbłysło światło, a ich oczom ukazał się gigantyczny, zajmujący cały korytarz Koguto-Smok. Kuroliszek we własnej pierzastej osobie
I wtedy zaczęła się taktyka przez duże „T”.
Marcus wrzasnął „SZARŻA!” i rzucił się do przodu. Kleptofil za nim. Trazyn? Trazyn, ten dumnie noszący się elf, błyskawicznie schował się za plecami biednego, zapijaczonego Kurta. A Lijon? Lijon, z okrzykiem na ustach, zaszarżował prosto w iluzoryczną ścianę i… zniknął. Po prostu wyparował.
Walka była krótka i tragiczna. Wrzaski, ogień, krew. Zginął Kurt – tak, ten sam, którego dopiero co zrekrutowali, padł podczas ucieczki, służąc pewnie za elficką tarczę. Chwasty musiały wziąć nogi za pas.
Błąkając się po kanałach, szukając albo zaginionego Lijona, albo tego przeklętego ptaszyska, trafili na zamknięte drzwi. Marcus, nie bawiąc się w subtelności, wysadził je kulą ognia. Wpadli do środka, a tam niespodzianka. Jakiś gość, który przedstawił się jako renegat Charlie z frakcji Wolnomyślicieli, i młoda, całkiem ładna dziewczyna imieniem Sheerley, która – o ironio – chciała dołączyć do straży.
Zamiast walczyć, w środku śmierdzących kanałów, z potworem czającym się za rogiem… urządzili demokratyczne głosowanie. Zabić heretyka czy nie zabić?
Marcus, Trazyn i cudem odnaleziony w ścianie Lijon zagłosowali za ułaskawieniem. Sheerley rwała się do mordowania, ale zdołali jej to wyperswadować. Kleptofil, nagle przypominając sobie o religijnym wychowaniu, chciał go oddać łowcom czarownic. Ostatecznie stanęło na rozejmie, bo okazało się, że ten wielki Koguto-Smok to uciekinier i pupil owego renegata.
Zjednoczyli ekhm… „siły”. Zabili to nieszczęsne ptaszysko. Podzielili się łupami z czarującą Sheerley – ona wzięła głowę potwora (i chwałę), a oni zabrali głowę prawdziwego Kanalarza, którego bestia zdążyła wcześniej zeżreć. Charlie przeżył, bogowie jedni wiedzą jakim cudem.
Następnego dnia, wymyci i wypachnieni, jak gdyby nigdy nic poszli zgłosić bohaterską śmierć Kurta. Potem ruszyli do burmistrza z trofeami, a na koniec, triumfalnie, prosto do sierżant Irmy. Tym razem jednak, uczeni na błędach, wyraźnie zaznaczyli, że chcą do Straży Dróg, nie Miasta i nie Rzek.
Irma, pewnie nie dowierzając własnym oczom, że ktokolwiek z nich wrócił żywy, przyjęła ich do Akademii. Tak oto zbrodniarze zostali kadetami. Strzeżcie się, obywatele, bo prawo i sprawiedliwość w tym mieście właśnie zyskały twarz chwastów!
Ogień i Krew: Czyli jak Klapek dostał wpierdol
Ogień wył, trawiąc drewniane ściany karczmy z zachłannością wygłodniałej bestii. Klapek, zaciskając zęby, próbował przypomnieć sobie cokolwiek ze szkolenia w akademii, ale w sercu tego inferna teoria nie znaczyła nic. Nikt z uciekającego w panice tłumu nie zwracał uwagi na młodego chłopaka w łachmanach bezdomnego.
Kiedy w jednym z górnych okien dostrzegł kobietę z niemowlęciem na rękach, w głowie zaszumiała mu krew. Oddał swój szeroki płaszcz komuś z tłumu, krzyknął do matki, by wytrzymała jeszcze chwilę, i chwycił grubą linę. Wspinaczka po płonącej fasadzie przypominała ścieżkę pokutną. Różnica polegała na tym, że nie szedł boso po rozżarzonych węglach, lecz gołymi, pękającymi od żaru dłońmi dźwigał ciężar własnego ciała wzdłuż dymiącej ściany.
Kleptofil – jak go zwano – walczył nie tylko z grawitacją, ale i z własną ambicją. Chciał dorównać największym, by kiedyś stanąć u ich boku. Teraz jednak, gdy dzieliło go od okna zaledwie kilka metrów, rozegrał się dramat. Z sąsiedniego pokoju wyskoczył płonący jak pochodnia mężczyzna. Widząc w wiszącym Klapku jedyną szansę na ratunek, desperacko odbił się od parapetu, próbując chwycić się chłopaka. Skok był jednak za krótki. Obaj zawiśli na moment w upiornym tańcu, a lina niebezpiecznie jęknęła. Siły opuszczały ich z każdą sekundą. Mężczyzna, z twarzą wykrzywioną obłędem bólu, w końcu puścił materiał. Z woli samego Vereny spadł prosto na głowę, która pękła o bruk niczym dojrzały owoc.
Klapek nie uchodził za świętego, ale nie zamierzał dłużej nadwyrężać cierpliwości Sigmara. Zebrał resztki sił i wpadł przez okno do środka, prosto w paszczę bestii.
Dopiero wewnątrz pojął, czym jest prawdziwe piekło. Gorąc palił płuca. Umysł zaatakowały nagle wspomnienia dawnego oblężenia przez zwierzoludzi – był wtedy słaby, chował się za beczkami jak tchórz. Nigdy więcej, pomyślał, zaciskając dłonie na linie. Dziś udowodnię, że jestem coś wart.
Wpadł do pierwszego pokoju, lecz matki z dzieckiem tam nie było. Kobieta klęczała przy oknie, zanosząc się spazmatycznym szlochem, podczas gdy z dołu dobiegały krzyki o martwym niemowlęciu. Przyzwyczajony do śmierci i wszechobecnego skurwysyństwa tego świata, Klapek podszedł do niej. Musiał mówić głośno – po części by przebić się przez ryk ognia, po części by zagłuszyć własne emocje. Oplątał ją liną i zaczął opuszczać.
Zostało pięć pokoi. Nie miał czasu na żałobę.
W kolejnym natrafił na trójkę spanikowanych mieszczan. Skuleni pod płonącymi krokwiami krzyczeli wniebogłosy.
– Cisza! – ryknął, ucinając histerię. – Straż miejska. Jeden za drugim, do okna.
Słuchali go. Gdy ostatni z nich zniknął za parapetem, Klapek spojrzał w górę. Dach karczmy zaczynał się zapadać. Czas uciekał.
Trzecie drzwi były zamknięte. Próbował wyważyć je ramieniem, ale strach przed utratą przytomności szybko ostudził ten zapał. Wyciągnął swój kuroliszy szpon i sprawnie sforsował zamek. Ze środka buchnął czarny, gęsty dym. Ściany stały już w ogniu, a w kącie dostrzegł masywną, starszą kobietę oraz nieprzytomnego chłopaka. Kobieta na jego widok padła na kolana, błagając o ocalenie wnuka.
– Jej życie... twoje życie jest w twoich rękach! – krzyknął Klapek, odciągając chłopaka od płomieni. Oplątał babkę liną. Walczyli z jej ogromną tuszą, a poparzona skóra i naciągnięte mięśnie chłopaka wrzeszczały z bólu, gdy musiał zaprzeć się całym ciężarem, by bezpiecznie spuścić ją na dół. Dopiero potem opuścił nieprzytomnego młodzika.
Gdy wybiegał na korytarz, ogień liznął go po plecach. Nagły podmuch z kolejnego otwartego pokoju pozbawił go świeżo odrośniętych włosów i brwi. Kaszląc trującymi oparami, wpadł do środka. Para młodych, szlachetnie urodzonych ludzi poprosiła o pomoc z zadziwiającym, arystokratycznym opanowaniem. Spuszczał ich szybko. Gdzieś z tyłu głowy przemknęła mu bluźniercza myśl, by przetrzymać szlachcica i zażądać pasowania na rycerza na miejscu, ale odepchnął ją szybką modlitwą do Sigmara. Chwycił tylko pamiątkowy koc, okrył się nim i ruszył dalej.
Przedostatnie drzwi znów stawiły opór. Użył szponu, nieco zdziwiony, jak łatwo mechanizm ustąpił. Wszedł, mrużąc oczy przed gryzącym dymem. Na podłodze leżała nieprzytomna kobieta. Gdy podszedł bliżej, świat nagle się zatrzymał. Żar pożaru zniknął, zastąpiony lodowatym dreszczem przerażenia.
Twarz kobiety spoczywała w misie z wodą. Utopiono ją. Na jej dłoni widniała świeża rana po odciętym palcu.
Paluch.
Seryjny morderca, za którego głowę wyznaczono 400 złotych koron. Ten sam, za którym Klapek uganiał się od tygodni. Akolita spojrzał natychmiast w górę, w stronę płonących krokwi. Wiedział, że ten parszywy zwierzoczłek porusza się bezszelestnie. Dym jednak zasłaniał wszystko. Ostrożnie wycofał się z pokoju. Został mu tylko jeden cel.
Oddychał już płytko, łapiąc powietrze w krótkich, bolesnych haustach. Nie wiedział, co boli go bardziej – poparzenia czy mięśnie. Ostatni pokój był rozległy. Na środku leżał martwy mężczyzna, którego ubranie już zajmowało się ogniem. Podążając w głąb pomieszczenia, Klapek dostrzegł w kącie kogoś jeszcze.
Rudy mężczyzna. Wyglądał dziwnie znajomo. Jedną ręką trzymał misę z wodą, drugą przyciskał do niej głowę kolejnej, szamoczącej się ofiary.
Klapek zrozumiał swój błąd. Paluchów było dwóch. Rudzielec stał przed nim, a szczuro-podobny odmieniec musiał kryć się w cieniach.
Chciało mu się wyć z rozpaczy. Nigdzie nie widział drugiego zabójcy. Chcąc uratować kobietę przed utonięciem, ruszył z nożem na Rudego, z zamiarem podcięcia mu ścięgien. Jeśli miał zginąć w tych płomieniach, morderca spłonie razem z nim.
Wziął zamach. I wtedy poczuł eksplozję bólu.
Coś ciężkiego zwaliło się na niego z góry. Upadł na podłogę, tracąc oddech, a ostre jak brzytwa kły bestii wbiły się prosto w jego kark.
Klapek walczył. Był Akolitą Sigmara, nie mógł się poddać. Szarpanina tylko pogłębiała rany na szyi. Oparł się na lewym łokciu, widząc, jak nogi topionej kobiety przestają się rzucać i drgają w ostatnich, pośmiertnych spazmach. Rudy morderca puścił ofiarę, wyciągnął sztylet i spokojnie odciął jej palec. Następnie spojrzał prosto w oczy Klapka.
W tym ułamku sekundy chłopak wolną, prawą ręką wyszarpnął z kabury pistolet. Przystawił lufę za siebie, w stronę przywierającej do jego pleców bestii, i pociągnął za spust.
Huk wystrzału wstrząsnął płonącym pokojem. Kula rozerwała ciało mutanta.
Zwierzęcy ryk bólu zmieszał się z krzykiem Rudego. Bestia zwaliła się z pleców Klapka, ale jej kły wyrwały przy tym kawał mięsa z jego karku. Chłopak upadł. Paraliż ogarniał jego ciało, łzy bezsilności płynęły po brudnych, poparzonych policzkach.
Nie mógł się ruszyć. Mógł tylko patrzeć, jak Rudy mężczyzna – wyjąc po stracie towarzysza – podnosi powoli misę z brudną, zakrwawioną wodą i zbliża się do niego, by utopić gówniarza, który zabił mu przyjaciela.
Posłuchajcie mnie uważnie, bo drugiej takiej zgrai idiotów Stary Świat nie widział. Nazywali siebie „Chwastami” – i bogowie, jakże to imię było adekwatne. Rozplenili się tego dnia po mieście, zaraz po tym, jak Inkwizycja wypluła ich ze swojej siedziby niczym niestrawny, czerstwy makowiec. Podobno mieli misję. Podobno.
Zaczęło się od tego, że z miejsca się rozdzielili, bo przecież po co trzymać się razem, skoro można dać się zabić osobno? Lijon i Trazyn, wiedzeni instynktem równie bystrym co tępym nożem do masła, od razu ruszyli do zbrojowni. Myśleli, że straż rozdaje darmowe fanty każdemu, kto potrafi prosto ustać na nogach. Nawet nie wiedzieli, do jakiej straży chcą dołączyć, byleby tylko napełnić sakwy! Tam trafili na niejakiego Johana – rzekomo człowieka „dobrego serca”. Ten cwaniak szybko ocenił, z kim ma do czynienia. Z uśmiechem godnym sprzedawcy relikwii wcisnął im kit, że przydziałowy sprzęt dostaną w Akademii, ale on, całkiem przypadkiem, ma na zbyciu wyciszane kolczugi z przemytu. Oczywiście za drobną opłatą, bo z łowcami czarownic się nie negocjuje. Kupili to? A jakże. Potem poszli czekać na resztę, zadowoleni z siebie jak świnie w truflowym lesie.
Tymczasem druga część tej elitarnej formacji – Klapek, Marcus i Gizmo – ruszyła do karczmy, gdzie trwał zaciąg. Wyobraźcie to sobie: speluna, w której smród niemytych ciał, mokrej owczej wełny i taniego bimbru mógłby zabić dorosłego orka. Atmosfera iście domowa, a w zasadzie obozowa.
Każdy z nich przyjął inną, równie beznadziejną taktykę. Marcus, samozwańczy mędrek, usiadł w kącie obok chłopa, który ewidentnie żywił do swojej owcy uczucia wykraczające poza standardową hodowlę. Gizmo, w przypływie rzadkiego rozsądku, ograniczył się do zwiedzania. Zazwyczaj jego lepkie rączki pchały go w kłopoty, ale tym razem, jak sam twierdził, powstrzymał go duchowy wpływ kogoś, kogo nazywali „Kleptofilem”. Nie pytajcie, nie chcę wiedzieć.
A Klapek? Ten to miał oko. Zamiast marnować czas w kolejce, zaczął się rozglądać, kogo by tu "ostrzygać" wzrokiem, żeby się wkręcić bez czekania. Wypatrzył kobietę z zacnym sztyletem u boku. I tu Marcus, ten nasz uczony, pewnie by go ostrzegł, że do baby z taką bronią lepiej nie podchodzić bez długiego kija, ale Klapek nie pękał. Chciał się tylko "przyjrzeć" ostrzu, zerknąć jednym okiem, żeby potem wiedzieć, jak je zwinnie wyciągnąć – oficjalnie po to, by móc je jej zwrócić, gdyby Marcus przypadkiem zapragnął je ukraść. Logika godna mędrca, nie ma co.
Ruszył więc do ataku, a raczej do rozmowy, która szła mu gładko jak świeży makowiec... do czasu. Zanim widzowie zdążyli zasiąść w pierwszym rzędzie, kobieta wyczuła pismo nosem. Zamiast czekać na komplementy, wyciągnęła żelastwo i ucięła zapędy Klapka, niemal przyszpilając go do blatu między gończy charty.
I tu stał się cud. Inny by uciekał, ale Klapek, patrząc prosto w oczy napastniczki, dostrzegł coś, czego nikt inny by nie zauważył. Po sposobie, w jaki trzymała gardę i jak pewnie operowała ostrzem, poznał w niej zawodowca. — Ty jesteś strażnikiem! — wypalił, nim zdążyła go wypatroszyć.
Krótka wymiana zdań wystarczyła. Kobieta odpuściła, zrzuciła płaszcz, pod którym faktycznie krył się mundur, i tak oto nasz Kleptofil, całkiem przypadkowo, rozpoczął właściwą rekrutację do straży.
Jako pierwszy przed oblicze sierżant Irmy dumnie wkroczył Marcus. Wyciągnął listy polecające ze świątyni z taką pompą, jakby prezentował cesarski dekret. Zaczął perorować o taktyce, strategii i teoretycznych podstawach Magii, wymachując rękami jak wiatrak. Irma, z miną człowieka, który widział już w życiu zbyt wiele, spojrzała krytycznie na jego krzywe, rachityczne nogi. – Teorie to ty masz opanowaną, chłopcze – rzuciła pewnie, po czym zarządziła test fizyczny. Jak mu poszło? Powiedzmy, że grawitacja miała tego dnia nad nim absolutną przewagę. Z oburzeniem odrzucił posadę w Straży Rzek, twierdząc, że udowodni swoją wartość dla elitarnej Straży Dróg. Wyszedł, potykając się o własne ambicje.
Następny był Lijon. Ten to zrobił wejście! Przekraczając próg, z impetem przyłożył łbem w futrynę, aż posypał się tynk. Sierżant Irma od razu oceniła sytuację: ten człowiek intelektem przypominał pniak i do miasta nadawał się równie dobrze co dziki niedźwiedź na bal dworski. Egzamin ustny oblał, zanim jeszcze otworzył usta. Czytać nie umiał, pisać tym bardziej, a listy polecające mógłby równie dobrze zjeść. W panice zaczął stosować prastarą elficką taktykę: zaczął donosić sam na siebie, rzucając bezsensownymi metaforami o tonącym i makowcu. Irma, masując pulsujące skronie, doszła do wniosku, że to przypadek beznadziejny. – Pójdziesz do Straży Miasta – zadecydowała. – Tam i tak nikt nie wymaga myślenia. Będziesz pasował.
Na deser został Trazyn. Elf. Pół świata zwiedził, drugie pół podobno kupił, a z trzeciego go wygnali. Wszedł pewnym krokiem, rzucił papiery na stół i zaczął bajerować sierżant o swoim nieprzebranym doświadczeniu życiowym. – Gdzie mam podpisać? – zapytał w końcu z arogancją godną króla. – A gdzie masz rękę? – odparowała Irma, patrząc na jego kikut. Trazyn na ułamek sekundy zamarł, po czym uśmiechnął się szelmowsko. – Magiczna ręka pojawia się wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebna. Irma popatrzyła na niego.
Potem na Lijona, potem na uciekającego Marcusa. Wzniosła oczy ku zasmarowanemu dymem sufitowi i gorąco pomodliła się do Sigmara o cierpliwość, bo siłę już dawno straciła. Widząc, że rekrutuje samych inwalidów i pacjentów z zakładu dla obłąkanych, była gotowa skapitulować. Kiedy więc Trazyn sam z siebie wypalił, że zgłasza się do Straży Rzek, Irma wepchnęła mu kontrakt i pióro tak szybko, że gdyby miał obie ręce, z pewnością by mu je wyrwała.
Kiedy w końcu ten cały kabaret zjednoczył się na naradzie taktycznej, dotarła do nich bolesna prawda. Z pięciu chłopa tylko jedna osoba – Klapek – wykonała chociaż w ułamku zadanie zlecone przez Inkwizytora. Cała reszta poległa na biurokracji i własnej głupocie.
Siedzieli tam, drapiąc się po głowach i zastanawiając, dlaczego życie poszukiwacza przygód jest takie trudne. I wiecie, na co wpadli? Że skoro zrobili z siebie pośmiewisko przed całą gwardią, to jedynym sposobem na zmazanie plamy na honorze i dostanie się do Straży Dróg jest zapolowanie na słynnego mordercę, „Kanalarza”.
Ale to... to już materiał na zupełnie inną, równie tragiczną opowieść. Barman, polej no jeszcze, bo na trzeźwo o tych idiotach nie da się gadać!
Chwasty maszerowały sobie dumnie traktem do stolicy Ostlandu. Trakt był piękny i szeroki, co jak na gówniane standardy tej prowincji zakrawało o cud. Wiecie, jak to tam jest: co dekadę budują tę stolicę od nowa, więc najwyraźniej nadszedł czas, by nasze orły zrobiły z tej pięknej, świeżo odbudowanej ruiny to, co wychodzi im najlepiej. Z duszą na ramieniu i gotowi na najgorsze zbliżyli się do bram miasta, a tam uderzył w nich pierwszy tego dnia grom z jasnego nieba. Strażnik, zamiast napluć im pod nogi i poszczuć psami, przywitał ich jak rasowych dżentelmenów. Żadnych problemów, same uśmiechy, a wszystko to dzięki jednemu świstkowi papieru od Inkwizytora. Zmieszani, przekroczyli bramy, a drapiąc się po zapchlonych łbach, doszli do wniosku, że Los musiał dostać ciężkiej demencji i pomylił ich z prawdziwymi bohaterami. Zamiast się przejmować, rzucili się w wir cywilizacyjnych uciech, a ich pierwszym przystankiem była, rzecz jasna, karczma.
Tam nażarli się i napili za dziesięciu, a gdy z łaską wyciągnęli list i doczytali, że mają aż czternaście dni na stawiennictwo, odetchnęli z ulgą. Pergamin wcisnęli sobie tak głęboko, że sam Święty by go nie odnalazł, i wrócili do radosnego chlania. Przy piwie dowiedzieli się od miejscowych o lokalnych oprychach: jakimś Kanalarzu, co to w kanałach brodzi i gardła podrzyna, oraz o słynnym Paluchu, wielokrotnym mordercy, podpalaczu i złodzieju cudzych palców. Za głowę tego drugiego dawano całe sto pięćdziesiąt złotych koron. Suma ta była tak absurdalnie wielka, że Chwasty aż się rozmarzyły, ale ich sny o bogactwie przerwał nagły powrót Gizmo. Zjawił się cały mokry, z nosem zwieszonym na kwintę i zaczął biadolić, jak to okrutnie potraktowano go w miejskich łaźniach. Wiedziona chęcią zemsty, pragnieniem bycia czystym i chytrym planem, by jakoś zaprezentować się inkwizytorowi, cała zgraja ruszyła między balie.
Lijon wziął niziołka pod pachę i z zapałem godnym lepszej sprawy zaczął tłumaczyć łaziennemu, że jest jego rodzonym ojcem. Kombinacja smutnego kurdla, wielkiej postury Lijona i brzęczących monet sprawiła, że ten stary oszust dostał najlepszy lek wymyślony przez ludzką cywilizację, zwany przez koneserów masażem z młodych cycków. Marcys i Trazyn nie szukali kłopotów, po prostu opłacili saunę na zaś i wzięli się za szorowanie. Kleptofil za to, wierny swojej naturze i węzłom na sakiewce, dołączył do jakiejś wielkiej kupieckiej rodziny, w której rodzice sami nie wiedzieli, ile mają dzieci, i wszedł za darmo. Umyci, postanowili podnieść swój prestiż, by w końcu wyglądać jak wspomniani dżentelmeni, a nie jak wyrzutki. Trazyn, biorąc na siebie honor drużyny, zaczął targować się o nowe łachy tak ostro i z taką werwą, że jego długousi przodkowie z pewnością pękali z dumy. Przynajmniej do momentu, w którym wspaniałomyślnie zapłacił sześć srebrników za ubrania warte zaledwie trzy. Na znak żałoby nad jego umiejętnościami kupieckimi, aż do końca dnia lał rzęsisty deszcz.
Rankiem, z kacem i w nowych, przepłaconych ciuchach, wyruszyli do siedziby Srebrnych Młotów. Jak to mają w zwyczaju, wparowali do gabinetu Inkwizytora nie ustalając wcześniej absolutnie żadnego planu. Sam gabinet przypominał raczej dobrze zaopatrzoną zbrojownię, a przypadkowych rzeczy niosących śmierć było tam od groma: od sztyletów, mieczy, mikstur i dziwnych proszków, po pistolety i rusznice. Było tam nawet sudoku na wyjątkowo głupich petentów oraz pyszny makowiec dla tych najgorszych. Rozmowa przypominała spowiedź połączoną z brutalnym przesłuchaniem. Klapek miał tyle szczęścia, że nie dostał wezwania, więc stał twardo na czatach przed wejściem, gotów ruszyć ze wsparciem. Owo wsparcie na nic się jednak nie zdało, bo wewnątrz nikomu z Chwastów i tak nie chciało się gadać, aż do momentu, gdy Lijon nie wypatrzył wspomnianego makowca. Otworzył jadaczkę i zaczął trajkotać z takim zapałem, że Trazyn aż uronił łzę wzruszenia, widząc, jak uczeń poszedł w ślady mistrza w sztuce gadania dla ciasta.
Po tej nad wyraz owocnej spowiedzi, Jaśnie Oświecony Inkwizytor wreszcie zabezpieczył pistolet, który przez cały ten czas skrycie trzymał wycelowany w drużynę. Kazał im uważnie słuchać i złożył propozycję nie do odrzucenia. Ich nowym zadaniem okazało się być ich stare zadanie: mieli ruszyć do nowo otwartej Akademii Straży. Tam, pod przykrywką, muszą wkręcić się w szeregi najlepszych z najlepszych, zinfiltrować ich struktury i prześwietlić legendę straży, samego Udo Riversa. Srebrne Młoty obiecały im w tym drobną pomoc, ale jak nasze wspaniałe Chwasty to koncertowo zepsują, dowiemy się zapewne dopiero przy następnym kuflu.
Niestety w owym czasie nie było mnie wraz z drużyną, lecz opowieść znam dobrze, bo kamraci przekazali mi ją słowo w słowo, a przy kuflu jeszcze i doprawili szczegółami. A było to tak.
Gdy ja poleciałem na własną przygodę, by o wsparcie uciemiężonych chłopów prosić, Paladyni postanowili ukazać bandytom, jak daleko sięga długa ręka sprawiedliwości. A także — jak okrutna potrafi być. Dzięki bogom Morr przygarnia wszystkich, nawet tych, których rozum już dawno opuścił.
Gdy dotarli pod obóz, drużyna — o dziwo — zaczęła myśleć. I myśleli całkiem nieźle, choć Klapka z nimi nie było. Postanowili tedy sprytu użyć, co u Chwastów rzadkie jak trzeźwy krasnolud.
Wytruć obozu się nie dało, bo krasnoludzkich gazów w kamieniu zamkniętych nie mieli. Trzeba więc było dokonać rzeczy niemal heretyckiej — a w tym, jak wiadomo, byli prawdziwymi ekspertami.
Planów było wiele, lecz w końcu zaufali słowom Trazyna. A ten wstał, uśmiechnął się i rzekł tylko:
— Zaufajcie mi. Mam plan.
I zaraz potem… zaczął się rozbierać.
Gdy stał tak, jak go bogowie stworzyli, los — jak to los — spłatał figla. Z krzaków wyszedł zbój, który jeno na stronę poszedł, by się wyszczać.
I wtedy ujrzał go.
Morrowego Dziada we własnej osobie.
Wielkiego. Wychudzonego. Nagiego.
Bandyta wszystkiego się spodziewał — wilków, duchów, może nawet łowców nagród — ale nie tego. A skoro tak dziwacznej istoty siura nie widział, to wniosek był prosty: duch to musi być. Bo nawet Bogowie Chaosu nie są aż tak okrutni, by takiego stwora w ciele śmiertelnym stworzyć.
Z krzykiem zbiegł do obozu, opowiadając wszystkim, jaką potworność w lesie ujrzał.
Bandyci z początku mu nie wierzyli. Postanowili więc podejść grupą i sprawdzić, czy towarzysz prawdę mówi — bo jeśli nie, to należało mu porządnie przyłożyć.
Wyobraźcie sobie tedy widok.
Dwudziestu chłopa, dobrze uzbrojonych i odzianych.
A przed nimi stoi w lesie nagi elf — wychudzony, śmierdzący jak menel spod mostu i gapi się na nich wzrokiem tak zbereźnym, że serca w piersiach zamarzają.
Bandyci uciekli.
I to tak, jakby samego świętego w furcie klasztornej ujrzeli.
Biegli na oślep do obozu… aż nagle przed nimi znów stanął Dziad.
To był Lijon Wysoki, osmarkany i obśliniony od śmiechu, który wydarł się jak opętany.
Kilku bandytów w tej panice wpadło na własne pułapki i tam zakończyło swój żywot.
Lecz Chwasty na tym nie poprzestały. Czarnoksiężnicy w drużynie zaczęli biednych ludzi męczyć zaklęciami, krzykami i — co najgorsze — elfickim śpiewem.
A to, jak wiadomo, gorsze od tortur.
W obozie zaczęło się piekło. Jedni obwiniali drugich, wyzywali się i kłócili. Zwiadowcy wysyłani do lasu nie wracali — bo albo wpadali na pułapki, albo serce im stawało na widok nagiego elfa.
I tak trwało trzy dni.
Po trzech dniach bandyci wybili się nawzajem.
A Chwasty… robiły to, co potrafią najlepiej.
Myślały o rabowaniu.
Myślały długo, dokładnie i bardzo poważnie. Bo rabować mogły wielokrotnie, ale jakimś cudem zawsze porzucały to zajęcie.
Za to zrobili coś znacznie dziwniejszego.
Dali się okraść.
Kobiety więzione w obozie zabrały im konie, złoto, sprzęt i klejnoty. Chwasty oddały wszystko jak prawdziwi dżentelmeni, zatrzymując tylko jedną skrzynkę — z mordą, która wyglądała jak krasnolud albo jaki demon.
Idąc kilka godzin za uwolnionymi kobietami, sprawiedliwość — jak dobra, opiekuńcza matka — znów przygarnęła Chwasty.
Tyle że ta matka miała kij.
I to spory.
Bo prosto na drodze stanął oddział Łowców Dróg wraz z inkwizytorem niesławnym — Bone Hartem.
Ten stary wyga spojrzał na Chwasty, ziewnął, przewrócił oczami i jednym rozkazem ustawił ich do pionu. Skrzynię skonfiskował, strażnikom zamknąć się kazał, a potem rozpoczął wielkie przesłuchanie.
Przepytywał ich długo. O makowiec, o herezję, o nagiego elfa.
Chwasty oporu nie stawiały. W końcu sprawę zdały i przebaczenie dostały — lecz pod warunkiem, że za dwa tygodnie znów się przed nim stawią.
Inaczej dni ich będą policzone.
Strofując Łowców Dróg i rabując skrzynię od biednych Chwastów, inkwizytor nie znalazł jednak jednej rzeczy.
Księgi czarnoksięskiej.
Bo nie docenił jędrnych pośladków Marcusa.
Posrani, lecz żywi, wrócili do krasnoluda — tego samego, który wcześniej zadanie im zlecił. Ten w nagrodę oddał im trzy bronie, przy okazji okradając biednego Klapka.
— Jebany karzeł — jak to ponoć później skomentowano.
Krasnolud zaś wyjaśnił, że skrzynia była silnikiem do jego mechanicznego sprzętu. Reszta przedmiotów była dla niego bezwartościowym złomem.
Zlecił więc drużynie kolejne zadanie — zebrać części potrzebne do budowy owego urządzenia.
Nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, elf już przejął rozmowę. Bo gdy mowa o sprzęcie… zawsze uważa się za eksperta. Choć, jak twierdzą złośliwi, w jego przypadku raczej nie o wielkość chodzi.
Tak czy inaczej — wysłuchali zadania, coś tam pogadali i ruszyli dalej w stronę wschodzącego słońca.
O nagrodzie dla biednego Klapka… jakoś zapominając.
Sesja numer… a i owszem, numer się nie zgadza, lecz któż by w karczmie rachował przygody jak kupiec grosze? Dzielna Drużyna Dzielnych Chwastów czas jakiś obozowała u tak zwanych Bandytów — dowodów brak, ale blizny świadczą same za siebie. Tamże, nie z własnej woli, do roboty ciężkiej i niebezpiecznej zostali przymuszeni.
Gizmo, główny eksplorator, poszukiwacz przygód i niziołek w jednej osobie, wszedł do budowli krasnoludzkich z miną śmiałą, a wyszedł z nich jak z beczki po piwie — poturbowany i nieszczęsny. Nie mógł pełnić swych obowiązków, więc herszt obozu posłał resztę Paladynów. Jak zwykle w niepełnym składzie — bo kiedyż to było inaczej? Guliwer, prawie już święty, został w wiosce, by modlić się za spokój duszy martwej kapłanki.
Do straszliwych krasnoludzkich budowli ruszyli tedy: Trazyn Dziewiczy Śpiew, co to o klejnoty swoje lękał się bardziej niż o honor; Lijon Wysoki, który dodatkowe punkty u bandytów pragnął zdobyć, by go do obozu przyjemności przenieśli; oraz Magister Marcus, co wolał lochy i pułapki od uniwersyteckiej dysputy, zwanej potocznie mordobiciem.
Weszli ochoczo, pamiętając nauki Gizma — po głowach nie dostać, pułapek unikać, drzwi podejrzanych nie tykać. A jednak drzwi takie napotkali i z nimi walczyć musieli. Magister Marcus, człek wygodny i chytry, biedne pacholę naprzód posłał, by pułapkę sprawdziło, sam zaś magią drzwi rozwarł, jakby to była skrzynia z bielizną.
W kolejnym pomieszczeniu napotkali coś, co kapliczką być mogło, choć żaden nie chciał tego głośno przyznać. Czarnoksiężnik Magnus, czując woń czarnej magii, wszystkich przegonił, by moc zagarnąć dla siebie — bo jak wiadomo, rola łajdaka sama się nie odegra. Lijon, serca ni to białego, ni czarnego, stanął obok i razem jęli mruczeć jakieś czarnoksięskie brednie.
Tymczasem samotny Klapek z drzwiami się zmagał. Pewien elf, znany fan makowca i nagich krasnoludów, rozglądał się za jednym i drugim — lecz że zboczenia elfom w krwi płyną, nikt się temu nie dziwił. Zdziwił za to wszystkich sukces Klapka, który drzwi zaminowane otworzył samotnie, bez magii i bez oszustw.
Widząc triumf młodzieńca, reszta sępów zlazła się doń rychło. Klapek kolekcjonował narzędzia kucharskie, a jego kamraci do jakiejś rury usta przykładali, krasnoluda nudyse wyczekując. Gdy ów się pojawił, zagadał z Trazynem. Ten, nie chcąc stracić przydomka „Makowiec”, zaczął donosić kim są i od kogo przybyli.
Krasnolud głosem godnym zaufania zlecił im misję godną największych łowców głów — obóz bandytów wytruć. Skąpy był jak siedem diabłów razem wziętych, więc jeno kierunek do skarbca wskazał, rozbrojenie pułapek nakazał i zebrać WYŁĄCZNIE truciznę polecił. Skąpiradło przeklęte.
Gdy do magazynu — na potrzeby tej opowieści skarbcem zwanego — dotarli, zagadki ich obległy. Tak zawiłe były, że tylko Marcus Czarne Pośladki mógł z nimi w szranki stawać. Klapek zaś hazard uprawiał — częściej zgadywał niż wiedział. Elf żadnej pomocy nie dawał, makowiec bowiem tak zajadał, że nos mu się wydłużył o kilka cali. Lijon, widząc ten cyrk, uznał nieprzygotowanie i zamilkł godnie.
Bogowie łapali się za głowy, a bezlitosny Los postanowił, że wszystko runie — litość jest dla dżentelmenów, nie dla Chwastów.
Pokonani, spopieleni i opieczeni, truciznę jednak zdobyli. Klapek z Lijonem postanowili zabrać rannego Gizma i z obozu zbiec. Marcus zaś z Trazynem wybrali sprawiedliwość — czy raczej to, co za nią uchodziło.
I powiem wam jedno, dobrzy ludzie — tej nocy żaden bandyta, robotnik ni zwierz poranka nie doczekał. A czy była to sprawiedliwość, czy tylko kolejna pijana decyzja Chwastów — to już inna opowieść, na inny dzban miodu.
Karczmarzu! Dolej no piwa, bo mi w gardle zaschło od tego ognia z poprzedniej historii! Pamiętacie, jak szopa spłonęła? Myślicie, że to nauczyło ich rozumu? A gdzie tam!
Po wielkim pożarze nadszedł czas na wielką naradę. Choć słowo „narada” to za dużo powiedziane. Guliwer Bystry — a raczej Guliwer Połamany — leżał i stękał, bo bolały go żebra, płuco, a do tego kręgosłup odmówił posłuszeństwa, więc głosu nie zabierał.
Reszta zaś... ach, szkoda gadać! Lijon wpadł na genialny pomysł, by dołączyć do bandytów i w ich szeregach czynić „dobro” — cokolwiek to znaczy w jego głowie. Trazyn, jak to Elf, planów nie miał żadnych, za to obrażał wszystkich dookoła, ćwicząc swój cięty język. Marcus niby coś proponował, ale głównie sugerował, że Lijonowi wcale nie zależy na ratowaniu Kapłanki.
I wtedy odezwał się Kleptofil! Jak on coś rzuci, to klękajcie narody. To za jego namową wybrali plan, który... oczywiście nie wypalił. Więc sięgnęli po „drugi najlepszy”: udajemy się do karczmy pogadać z bandytami!.
Na ochotnika — czy też „na ofiarę” — wybrano Marcusa i Trazyna. Marcus zniósł to gorzej niż źle i poszedł chlać. Trazyn zaś stwierdził, że wiatr wieje mu zbyt mocno koło rzyci (za przeproszeniem), więc udał, że rozkazów nie słyszy i zajął się filozofowaniem.
A Marcus? Marcus upił się jak krasnolud w święto górnika! W pijackim amoku polazł do lasu i wypalił sobie tatuaż, żeby udowodnić — sam nie wiem komu — że nie będzie się bratał z hersztem bandytów. Efekt? Drużyna straciła bezcenny czas, czekając, aż zagoją się jego rany i gigantyczny kac.
Gdy wreszcie ruszyli ku wschodzącemu słońcu, los postawił na ich drodze dwie indywidua: Pawła i Gawła. Po krótkiej wymianie zdań, ci dwaj zaprowadzili naszych „bohaterów” prosto do obozu bandytów.
Tam, czując respekt przed huncwotami, stanęli przed obliczem Herszta Harloka. I tu, moi drodzy, nastąpił akt hańby! Głównym mówcą został Trazyn. Ten hędożony Elf, zamiast negocjować, zobaczył na stole makowca! Tak go napadła ochota na ciasto, że sprzedał Harlokowi wszystkie kluczowe informacje, byle tylko dostać kawałek! Świadkowie przysięgają, że jadł tak łapczywie, iż uszy mu się trzęsły!.
W obozie spotkali też pewnego Niziołka na „specjalnej misji” (jeśli wiecie, co mam na myśli mrug, mrug). Ów poszukiwacz przygód od razu został najlepszym druhem Paladynów. Opowiedział im niestworzone historie o skradzionym „parkometrze” (jakimś diabelstwie krasnoludzkim do mierzenia czasu postoju koni, czy co?) i o dziwnej budowli, którą ludzie nagminnie okradają, a ona wciąż stoi.
Finał tej farsy? Chcąc nie chcąc, drużyna została zmuszona do nauki. I to nie byle jakiej! Musieli łamać języki na mowie kislevskiej, najbardziej niepożądanej umiejętności w Imperium!.
Ciężkie nastały czasy dla naszych Paladynów. Gdy inni grabili pobojowisko, szukając byle czego do przetrwania, Guliwer Krwawiące Serce zajmował się ranną Świętą z czułością, której nie powstydziłaby się sama Shallyi. Niestety, paskudny Los zawisł nad nimi czarną chmurą, blokując wszelką boską pomoc.
Wtem Kleptofil, wciąż dotknięty straszną klątwą braku ust, natknął się na umierającego rycerza. Pobiegł po towarzyszy, machając rękami jak wiatrak, by zwrócić na siebie uwagę. Za „Klapkiem” ruszyli Trazyn, Lijon i Marcus. Wysłuchali oni ostatniej spowiedzi Sir Simona Lensera z Montfort. Rycerz ów, już na łożu śmierci – a właściwie na koniu śmierci – ostatnim tchem pasował Lijona na swego następcę! I tak oto narodził się Sir Lijon Wysoki, zwany też Simonem Wysokim.
By dopełnić honorów, drużyna spełniła ostatnie życzenie zmarłego. Spalili jego ciało na gigantycznym stosie, ułożonym obok trucheł zielonoskórych, a prochy zebrali, by oddać je rodzinie. Piękny to był pogrzeb, choć sceneria makabryczna.
Tymczasem Guliwer Czuły płakał rzewnymi łzami, widząc gasnącą Świętą. Tylko duchy lasu widziały jego rozpacz, bo reszta szykowała się do drogi. Ruszyli ku Orlicy!
I wiecie co? Los, ta wredna bestia, musiał na chwilę mrugnąć. Zło pochowało się w norach i drużyna dotarła do miasta bez draśnięcia. Ale w Orlicy czekało na nich inne zło – ludzka chciwość. Chamstwo i chłopstwo ani myślało pomóc umierającej dziewczynie i rannym Paladynom. Dopiero gdy Trazyn sypnął złotem Sir Simona, gospoda otworzyła podwoje.
Trzy dni minęły jak z bicza strzelił, a stan Kleptofila był tragiczny. Bez ust nie mógł jeść ani pić, jedną nogą stał już w ogrodach Morra. Modły do Shalyi pozostawały głuche. Los chichotał, patrząc na cierpienie młodzieńca i udrękę Guliwera.
Aż w końcu miarka się przebrała. Gdy Kleptofil myślał: "Gorzej być nie może", Los odparł: "Potrzymaj mi piwo". Ci sami towarzysze, z którymi walczył ramię w ramię, których karmił i z którymi krwawił – zdradzili!
Trzech „czarnoksiężników” z bożej łaski – Trazyn, Lijon i Marcus – bez wiedzy Guliwera Wielkiego, porwali Klapka siłą! Zaciągnęli go do starej szopy. Tam, używając krwi i prochów zmarłego rycerza, zaczęli kreślić przerażające znaki. Biedny Kleptofil modlił się do wszystkich bogów: Sigmara, Shalyi, Morra, Vereny... ale linia była zajęta.
Kiedy zaczęli go smarować krwią i wyć inkantacje, chłopak po prostu zemdlał. Nie widział, jak rytuał bierze w łeb. Nie słyszał, jak zrezygnowani Lijon i Trazyn wracają do karczmy. Ale Marcus... Marcus został.
Gdy Klapek się ocknął, Marcus Szalony biegał po szopie z obłędem w oczach. Zablokował wyjścia i zmusił niemowę do pisania spowiedzi! W desperacji podpalił budynek, chcąc złożyć ofiarę całopalną! W ogniu i dymie stał się jednak cud – albo żart bogów. Nim płomienie ich pochłonęły, klątwa prysła niczym wystraszona żaba! Kleptofil odzyskał usta!
Wtedy Marcus, jakby oprzytomniał, rozwiązał przyjaciela i w ostatniej chwili wyciągnął go z płonącej pułapki, wychodząc wejściem
Co teraz, zapytacie? Szopa spłonęła, Święta wciąż chora...
Czy znajdą bandytów potrzebnych do pomocy Shalyi?
Czy Paladyni odzyskali zmysły, czy to dopiero początek szaleństwa?
Tego dowiemy się, jak karczmarz przyniesie kolejną antałkę!
Wszystko zaczęło się, gdy opuścili pole bitwy. Guliwer Miłosierny podniósł Świętą z ziemi i ruszył w stronę wschodzącego słońca. Ale los bywa wredny! Gdy potężni Paladyni przedzierali się przez lasy i bory, wpadli prosto w zasadzkę samego Marszałka Axela Klepsona! Wyobraźcie to sobie – pale wbite pod taflą wody! Drużyna dostała łupnia od zwykłych pali i kijanek, a pułapka była tak doskonała, że działała nawet trzydzieści lat po jej nastawieniu!
Pobici, ale żywi, rozbili obóz przy zrujnowanej wiosce. Guliwer Wytrwały, mimo ran krytycznych, ani na krok nie odstępował Świętej. W tym czasie Kleptofil z Lijonem ruszyli na zwiady do wioski, którą ongiś zniszczył wielogłowy smok. Trazyn, stary wyga, pouczył ich przed drogą: "Smoka trza upić, raz a dobrze!". I co? Wrócili cali! Obładowani skarbami cenniejszymi niż złote sztaby!
Ale noc nie przyniosła ukojenia. Chaos szeptał do uszu dzielnym Paladynom, sącząc jad zwątpienia... Czy się poddadzą? Czy przegrają tę walkę?
Najgorzej mieli Lijon i Kleptofil. Dopadła ich klątwa – brak ust! Głód i pragnienie skręcały im trzewia. Zdesperowany Lijon chciał już testować szalone sposoby napicia się, wsadzając sobie drewno tam, gdzie słońce nie dochodzi... Na szczęście przerwał to Marcus Biały, serca czystego. Wpadł na pomysł, jak klątwę zdjąć. Lijon zgłosił się na ochotnika i ruszył ku wiosce.
W międzyczasie Guliwer Krwawiące Serce wznosił modły do Białej Gołębicy, o krok nie odstępując Świętej. I wiecie co? Dostał odpowiedź! Zasięg był mizerny, ale kierunek jasny: Północ. A osobą kluczową był Kleptofil, albo ktoś, kto krył się za nim w krzakach.
Gdy Lijon wrócił, razem z Marcusem i Trazynem odprawili rytuał. Magia to była nieczysta, powiadam wam! Krzyki bólu odprawiających, wrzask kota, a nawet samej natury były ogromne! Ale wrócili do obozu ledwo żywi... za to Lijon zyskał wielkie usta!
Gdy omówili plany, Guliwer Rybak ruszył zdobyć pożywienie. I co złowił? Pana Żabę! Ale Guliwer nie miał nastroju na pogaduszki – kopnął płaza prosto w oślizgły zad! Pan Żaba uciekł „co koń wyskoczy”, aż się za nim kurzyło na jeziorze!
Znudziwszy się żabami, Guliwer Pracowity wsadził rękę w wodę i wyciągnął suma giganta! Nie było jak go oprawić, ale los zesłał im nóż. Po uczcie z suma drużyna ruszyła za Guliwerem Wielkim ku Północy.
Lecz los bywa niezmienny i znów zdzielił biedną drużynę pałą! Na drodze stanęło im „ŁAAA” zielonoskórych! Trazyn rzucił szybki plan: "Przekradniemy się obok gigantycznej armii". Cóż... plan nie wyszedł. Doszło do jatki.
Zwiadowca wroga dostrzegł Kleptofila i Marcusa. Horda ruszyła, by ich okrążyć i wykrwawić. Gdy już mieli ich nakryć czapkami, nagle pojawił się ON! Trazyn! Niczym bohater z ksiąg runął na przeciwników, ścinając głowę za głową!
Gdy horda straciła ducha walki i pierzchła, Trazyn, cały we krwi wrogów, nakazał przegrupowanie. Zebrali najlepsze łupy i tak oto drużyna paladynów ruszyła ku Orlicy...
Krzyżowcy podróżowali wraz ze Świętą ku wyczyszczeniu okolicy. Śmiały i wszystko widzący Trazyn – mistrz nad mistrzami w sprawie zwiadu – wskazywał drogę. Nim jednak Paladyni dotrą ku miejscu docelowemu, postanowili się dozbroić w oręż godny i równie potężny, jak oni sami. Ich Kije i Maczugi zostały pobłogosławione przez Świętą; tak dozbrojeni ruszyli ku jaskini.
Napotkaliśmy coś, co przypomina ogromną skorupę, jakby ziemniaka [mnie nie pytaj]. Gdy się zbliżyli, zobaczyli błonę i masę różnego śluzu, który nieustannie spływał. Ówy nieczysty byt został otwarty przy pomocy i poświęceniu Świętej.
Markus Śmiały wykonał pierwszy krok i jednym ciosem zgniótł stworzenie (małego stworka).
Drużyna wchodziła do odbytu i jedynie przez zrządzenie bogów Klapek nie zdążył. Po wielu epickich próbach sforsowania magia przeważyła nad sprytem dziecka. Ów, doświadczony dyzenterią, wiedział, że odbyt wydala, więc udał się ku poszukiwaniu innego wyjścia.
Wewnątrz drużyna dzielnych Paladynów stoczyła epicką bitwę z pomiotami boga plagi. Po wielu bataliach wybrańcy Gołębicy odkryli słabość tego miejsca. Podróżując wraz z rytmem życia, już nie atakowani, dotarli do miejsca największego spaczenia. Idąc ku przeznaczeniu, przeszli prawdziwą drogę krzyżową, upadając i wzmacniając się wzajemnie. Gdy dotarli do pucharu zepsucia, tam zobaczyli GO! Pana PamPam.
Ten przed walką chlapnął sobie w gardło i zaczęła się jatka. Oczekując, spoglądał na swoich przeciwników. Gdy Święta zrobiła krok ku niechybnej śmierci, jej paladyni rzucili się na maszkarę. Potężne ciosy spadały na niego, on zaś stał jak gdyby niewzruszony.
Lijon wziął jedną z macek i zaczął się niechybnie cicho modlić do Gołębicy, gdyż maska uschła – wszak wiadomo, że na pewno nie czarował. Marcus coś tam gadał o talentach i uderzeniu w dłoń, okrążył on potwora i ciepnął go swoim kosturem tak bardzo, iż los zaczął panikować, mówiąc: "krytyczny sukces, ok, hmm, ok". Chcąc osłabić krytyka, zarządził rzut na Siłę. Ciało potwora i kostur Mistrza Magii starły się z taką siłą, iż powietrze zawirowało. Gdyby to był człowiek, ani chybi wziąłby i zginął, lecz to potwór, a z jego ran wyleciał kwas.
Morale Paladynów podupadło, iż obrażenia wyniosły 10. Innymi słowy: przegwizdane. Jeden cios przeciwnika nawet nie chybił – powalił największego z największych, Guliwera. Gdy ten spojrzał w kierunku Świętej, jego serce zabiło szybciej i powstał, walcząc na śmierć i życie z demonem. Demon w odpowiedzi na cios Markusa sięgnął w jego kierunku, by przytulić go z czułością. W momencie, jak Magnus kosturem odbił cios Pana Pam Pam, ów zakrzyknął: "Dzieciaki koniec drzemki, mamy gości, Pam Pam Pam".
Do bitwy dołączyła horda pomiotów Nurgla, otoczyła Lijona, Świętą i Trazyna. Światło w mroku się zmroczyło. Podstawiona pod ścianą Święta rozpoczęła modlitwę, olśniewając wojowników czystym światłem Bogini Miłosierdzia. Trazyn zainspirowany walnął Pana Pam Pam, nie celując jak sugerował to los, robiąc mu wyrwę, która uwalniała więcej pomiotów – udało się jednak tym razem, nie bryznęła zatruta krew.
Największy z Wybrańców Gołębicy, Paladyn Guliwer, zadał kilka ciosów poświęconym artefaktem Shallyi, nie celując, gdyż po co? Przebił jeden z paskudnych wrzodów, kwas poleciał na walczących. Gdy Guliwer już miał witać się z Morrem, święta moc Gołębicy ochronił go od śmierci, odwołując nagłe spotkanie z Panem Snów. Lijon, skupiwszy swoje – hmm – mroczne moce w mrocznym miejscu, przy blasku świętego światła cisnął w demona magicznym pociskiem.
Wielki Nieczysty ledwo przetrzymał grad ciosów Lijona. Ów, walcząc z bohaterami i robakami, które zaczęły z niego wychodzić, ani chybi poczuł bliskość swojej śmierci. Obserwując stan potwora, Magnus zrobił coś, czego nawet mroczni bogowie nie widzieli. Idąc ku szeptom losu, postanowił zaryzykować wszystko, a nawet wiele. W odmętach swojej pamięci szukał, jak to jego mistrz rzucał zaklęcia i spróbował rzucić takie same, lecz nie z pamięci (jak każdy porządny czarodziej), a na zasadzie "jakoś to będzie". Jedynie dzięki silnej woli Marcusa udało się skierować dziki ogień ku czułkom, spopielając przeciwnika. W wyniku ognistych podmuchów Wielki Nieczysty nie wytrzymał i wybuchł kwasem, który to zrobił spustoszenie wśród szeregów walczących.
Swora demonów, przerażona działaniami paladynów, podupadła na duchu i zaczęła pomału się rozpadać. Godne miana demonów nie odpuściły i bez zdobyczy tej nocy nie chciały opuścić świata materialnego; rzuciły się na Trazyna zadając mu liczne, lecz paniczne, trujące ataki. Widząc przyjaciela – tfu, znajomego Elfa – w opałach, Guliwer zwany Wielkim zdobył artefakt Gołębicy i ruszył samotnie ku hordzie. Cios za ciosem padał demon po demonie. Los coś tam gadał o podnieceniu i byciu katem, lecz kronikarz wie lepiej – Guliwer potężny wybił ku dobru i czci Bogini Miłosierdzia wszystkie.
Ciosy demonów odpowiadały na ciosy Guliwera. Jeden, wyrwawszy jelito Guliwera, zdziwił się niechybnie, gdy z rany nic nie pozostało. Drugi wykorzystał tajemną broń losu i wbił mu strzałę w kolano, lecz nawet tak ciężki cios nie pozostawił na nim śladu.
Widząc waleczność Guliwera, reszta świętych wojowników ruszyła ku szarży, będąc ślepymi na podszepty losu, który sugerował, iż liczy się każda sekunda, a nawet godzina. Pierwszy skoczył Marcus, który swoim kosturem rozgonił i rozpędził na wszystkie pięć stron wszystkie demony. Te, które nie mogły utrzymać pozycji, uciekły do swojej mrocznej domeny.
Święta, przyjmując na siebie całe cierpienie wojowników, klęczała, nie mogąc ruszyć ni ręką, ni nogą. Widząc tragiczny stan Świętej, Guliwer Potężny ruszył ku Kapłance, będąc jej ramieniem w tej ciężkiej chwili. Idąc w stronę serca zepsucia, tam zobaczyli splugawiony kielich Shallyi. Twarz Świętej, niegdyś piękna i młoda, teraz postarzała się kilkukrotnie; cierpiąca i zmęczona postanowiła dokonać ostatecznego poświęcenia, chcąc odegnać zło z tego miejsca. Dzięki jej modlitwie cała grota zaczęła płonąć białym płomieniem, powoli i nieubłaganie.
Widząc dzieło Kapłanki, Lijon i Marcus zainspirowali się jej potęgą, chcąc czynić więcej podobnego dobra.
Święta po skończonej modlitwie omdlała, jedynie dzięki Guliwerowi Czułemu nie upadła na ziemię. Ten chwycił ją delikatnie i udał się ku wyjściu.
Gdy wielcy tego świata wyszli, to reszta drużyny została i wzięła się za rozkradanie krasnoludzkich dóbr po umarłych.
W tym czasie Kleptofil toczył majestatyczny pojedynek z 3-metrową żabą, który to (pojedynek) kronikarz oszczędzi czytającym. Walka skończyła się zwycięstwem chłopaka; zmęczona żaba usiadła na kamieniu, domagając się od KOGOŚ dziewki.
Guliwer Czuły, widząc ulatujące życie ze Świętej, udał się w kierunku obozu. Żaba, będąca wredną, rzuciła klątwę na Kleptofila, odbierając mu usta.
Wlekli się dalej nasi biedni pielgrzymi, aż trafili do swojej „oazy” – wioski, którą zaraza dokumentnie strawiła. Lecz im nadzieja w serca wstąpiła i prosto do namiotu kapłanki Shallyi uderzyli. Tam, przed obliczem owej świętej, Chwasty udowodniły, że godne są swego miana. Zarzekli się, że będą niczym cierń w rzyci samego Pana Zgnilizny i pomogą kapłance z tym całym plugastwem.
A nazajutrz? Działo się! Lijon wzbudził popłoch wśród miejscowych, nazbyt interesując się dziatwą, ale przy okazji odkrył, że i koty jakaś zaraza toczy. Kleptofil „wyklepał” kupczynę, zabierając więcej lekarstw, niż ten obiecywał. Trazyn zaś udowadniał, że handlarz z niego tak wielki, iż chyba z kilka serc w piersi nosi.
Najlepszy był Marcus, magister magii. Całą zagadkę rozwiązał w pięć minut! Znudzony łatwizną, poszedł tyrać w lecznicy, by poczuć prawdziwe wyzwanie. A Guliver? Skruszony, tak mężnie bronił świętej, że nie rycerzem, a co najmniej paladynem go zwać należy! Tak to właśnie z tymi Chwastami było
Potem ruszyli w drogę. Szli raźnie, choć wolno, bo co rusz stawali, by „brązowy szlak” za sobą znaczyć. Przemykając się chyłkiem przed upierdliwymi strażnikami, trafili nad rzeczkę. A tam dziw nad dziwy: jakiś Glutek, sztyletem do deski przyity, w towarzystwie gołębicy! Wywiązała się sroga batalia, w której Guliver potęgę demona przełamał. Bestia, egzorcyzmami smagana, z wyciem przepadła w piekielne odmęty.
Posłuchajcie no, kompani, historii o tych, co się dumnie „Chwastami” zowią. Twarde to sztuki, bo choć oblężeni, murów nie oddali, a ich twierdza wciąż stoi niewzruszona. W środku zaś działo się niemało! Długonosy elf, ledwie sprowokował kłótnie i bijatyki – które uczenie „filozoficznymi i fizjologicznymi pojedynkami” zwano – zaraz wziął się za robotę. Truchła ludzi i krasnoludów oporządził, złote pierścienie warte fortunę do sakwy zgarniając.